poniedziałek, 27 lutego 2012

Bruno Koper - Lapońskie lato 1987

LAPONSKIE LATO 1987

"Miejsca w których nie cierpiliśmy nie pozostawiają śladów w naszej pamięci. Za to te, które nasze zmysły doznały nieporównalnych oczarowań, nie zapomina się nigdy" Pierre LOTI

Wysiadłem wcześnie rano na zimnym bezludziu. Dworzec kolejowy w Rovaniemi świecił w lipcu pustką na której tylko wąż wagonów pociągu nr.61 z Helsinek ozdabiał pustynny plener. Był lipiec i byłem pewny, że w Laponii zastanę od razu to czego szukałem : ciszę, pustkę i chłód.

Dla Finów Rovaniemi jest miastem-symbolem, kamiennym Feniksem, który odrodził się z popiołów wojny. Spalone i zrównane z ziemą przez uciekających Niemców w 1944 roku, miasto zostało odbudowane według śmiałych planów Alvara Aalta architekta, którego sława ściąga tu od lat tybuny amatorów nowej architektury. Rzeczywistość jest tymczasem nieco inna. Rovaniemi widziane z siodełka roweru wydaje się konglomeratem poukładanych na zimno i bez fantazji ceglanych budynków. Pedałując przez miasto czystymi i prostymi ulicami trudno dopatrzeć się jakiejś oryginalnej myśli urbanistycznej a słynny plan miasta w kształcie rogów renifera widoczny jest tylko z...nieba.

Kemping "Ounaskosken Leirintäalue" znajdujący się z drugiej strony rzeki Ounaskoski posiada wszystkie wygody i wspaniały widok na nieciekawe miasto. Po rzece płyną z silnym prądem kłody ściętych pni tworząc luźne tratwy wiążące się i rozwiązujące gwoli przypadku rzecznych wirów.

Rozpoczynam więc samotną wycieczkę kolarską po małej mocno osłonecznionej drodze, która ma mnie zaprowadzić po drodze do mitycznego, ślepego zaułka zwanego Nordkapp (Przylądkiem Północnym) położonym ok. 700 km stąd. Jeżeli dobrze pójdzie powinienem wrócić do Rovaniemi akurat za dwa tygodnie.

Kilka kilometrów za miastem spotykam pierwsze stado reniferów, które spokojnie, apatycznie, niby nic, spacerują sobie po asfalcie. Podobnie jak indyjskie "święte krowy", lapońskie renifery ("poro") cieszą się tutaj nietykalnością i obecność wałęsających się środkiem jezdni kuzynów naszych jelenii jest stałym niebezpieczeństwem dla kierowców. Rocznie na drogach Laponii w wyniku zderzeń ginie ok. 50 osób i ok. 2000 reniferów. Prawo zobowiązuje automobilistę, który np. zranił zwierzę, do natychmiastowego dobicia go prowokując upust krwi przez podcięcie mu ostrym nożem żyły szyjnej. Okazuje się więc, że tutaj posiadacz samochodu nie musi być tylko dobrym kierowcą ale jeszcze doświadczonym... rzeźnikiem! Zawiadomione o wypadku odpowiednie władze zajmą się odszkodowaniem właściciela a kierowca za "zabójstwo" nie jest karany. Nie będąc z natury ani z zawodu rzeźnikiem pedałuję ostrożnie ocierając się dosłownie o zamszowe poroża reniferów. Będą one najwierniejszymi towarzyszami moich wysiłków, przygód i spotkam je na pustynnych drogach Finlandii i Norwegii o wiele więcej i częściej niż ludzi.

Mam więc dokładnie czego pragnąłem : wspaniałą samotność w dziewiczym krajobrazie i wokół szosy, niekończące się sosnowe lasy. Pachnie zdrowo żywicą, podściółką i grzybnią. Lekko pofałdowana droga biegnie wzdłuż rzeki Ounasjoki, której rwiste wody słychać tuż za cieńką kotarą drzew.

W malutkim kempingu w Maijanen założonym w pełnym lesie instaluję namiot nad samą rzeką ; otacza mnie zewsząd dzika natura i anielska cisza tym bardziej, że obozowisko jest puste. Spokój, relaks i satysfakcja nie trwały długo bo jak tylko słońce zaszło kemping zaroił się chmurą małych komarów mając na widoku "świeżą krew" spoconego cyklisty. Dając nura do namiotu od razu zrozumiałem, że nie pokonam milionową armię tutejszych "hyttynenów". Wkrótce ścianki namiotu pokryły się moskitami niczym ciemną zasłoną ; słuchając plusk toczących się kamyków, którymi szurga potok Ounaskoski zapaliłem kadzidło "Insectrolu" i polałem się "Syntholem". Przypomniał mi się film Hitchcocka "Ptaki" i przeszło po głowie nieokreślone uczucie lęku...

Następnego dnia na drodze pustka. Nikogo. Czasami mija mnie jakieś auto i nie wiem wówczas, który z nas jest bardziej zdziwiony spotkaniem wśród lasów Laponii.

Za Kittilä, szosa nr. 79 zaczyna się ożywiać i wznosić nad rozległym, pofałdowanym krajobrazem porośniętych wzgórz Katkatunturi z widokiem na górę Levintunturi. Jak okiem sięgnąć ; lasy, gęste lasy, w których przeważają wciąż wysokie sosny, ciemne świerki i solidne jeszcze brzozy. Brzozy "koivu" są najwytrwalszymi drzewami znoszącymi najgorszy klimat. Wszystkie inne gatunki liściaste czy iglaste znikają pomału z leśnego horyzontu w miarę gdy wspinam się na północ Laponii. Dęby i jesiony rosną tylko w cieple na południu kraju, klony i wiązy troszkę wyżej w środkowej części jeziornego płaskowzwyżu, lipy i olchy dochodzą jeszcze kawałek dalej ale i one nie przekraczają Koła Polarnego. Powyżej tego równoleżnika, w lapońskich lasach królują już tylko świerki i sosny. Jedynie wytrwała brzoza broni honoru liściastych drzew a w epoce jesiennej zwanej tu "ruska" brzoza zapala ciermne lasy Laplandii ognistymi pożarami czerwieni i złocieni.

W lipcu jedyny kemping o ładnej nazwie "Immeljarvi" (Jezioro bogów) znajdujący się w Sirkka świeci pustką choć elegancja i rozmach instalacji przypominają, że zimą okolica przeładowana jest amatorami sportów zimowych. Liczne wyciągi wychodzące dosłownie spod hotelowych drzwi wiszą bezradnie niczym luźne naszyjniki i znikają zakosami pośród wyłysiałych wzgórz.

Liczyłem na skandynawski chłód a tu z modrego nieba bije niezły "upał" (20°C), na szczęście, neutralizowany przez okoliczne lasy, które zachowały jeszcze wilgoć z czerwcowego okresu topnienia śniegów. Trawiasta podściółka jest czasami tak mokra, że wydaje się iż śnieg dopiero co stajał i but zanurza się w mech jak w gąbkę. Lepiej nie zapuszczać się w zdradliwe lapońskie lasy gdzie urocze polanki wśród dziewiczych brzózek, wierzb, chaszczy są zakamuflowanymi mokradłami i naturalnymi pułapkami dla nieostrożnych wędrowców. Lapońskie torfowiska jak ruchome piaski pochłaniają rocznie zaskakującą ilość ofiar, którym przyszła nagła chęć zerwania tuż za rowem wełnianki o czubatych kwiatach. Z szosy, las ("metsä") wygląda niewinnie a ukwiecione podłoże zaprasza na mały spacerek by zakosztować błotną żurawinę, jagody "lakka", borówki, dzikie jeżyny i bardzo popularne w kraju Finów "mesimarja" ( rubus arcticus ) czyli polarne maliny, z których destyluje się wyśmienity alkohol.

Przecinając miasto Muonio, szosa nr. 79 liże granicę norweską i snuje się po górzystych zboczach leniwego masywu Pallastunturi gdzie małe jeziora zdobią pochyłe tereny. Niektóre z jezior zamieniono na kąpieliska, w których poczas weekendów szczątkowa klasa robotnicza Laponii kosztuje wodnych rozkoszy. Chcąc skorzystać z kąpieli tuż za Kätkäsuvanto wjeżdzam rowerem na wyrażnie zaimprowizowaną plażę. Przy brzegu, masa ubranych Finów moczy nogi po kostki. Wszyscy rozmawiają ze sobą obficie przy tym wymachując rękami. Z daleka wydaje mi się, że mam do czynienia z gadułami o śródziemnomorskim temperamencie gdzie teatralna mimika i gestykulacja dublują śpiewną gadaninę. Natychmiast rozumię powód : paskudne lapońskie moskity zwane tu "saäski" ciemną aureolą otaczają każdego pływaka. Niektórzy by oddalić natrętne owady a także bąki i inne "makaraineny"(owady) mają gałązki brzozy którymi wachlują wokół twarzy jak na odpędzenie złych duchów. W tej sytuacji lepiej się nie rozbierać i podobnie jak inni moczę tylko kolana, spaceruję po płaskim brzegu i przyglądam się powierzchni wody po której nerwowymi zygzakami pływają ławice podnieconych komarzyc.

Bardziej na północ, szosa nr. 93 zwana "Ruijantie" prosta jak drut, przecina swoją ciemną wtęgą nagi płaskowzwyż. Z krajobrazu poznikały drzewa a skarłowaciałe krzaki powyginanych brzóz w niczym nie przypominają gęstych lasów południowej Laponii. Iglasta tajga zamieniła się w wyłysiałą tundrę czy lasotundrę. Po zniknięciu świerków i jodeł a wyżej sosen, pozostały w pejzażu wyłącznie zmarniały brzozy i karłowate wierzby przemienione pod wpływem mrozu, wiatru, lodu i śniegu w storturowane krzaki, do których dobierają się zgłodniałe renifery.

Czwartego dnia, opuszczając dyskretny kemping w Palojuensuu pogoda się psuje, wiatr wieje mocniej prosto w nos a po niskim niebie galopują z północy jak tabun złowrogich ogierów coraz większe chmury. Czuję, że będzie coraz gorzej. Nawet się nie obejrzałem a wjechałem do Norwegii. Wprawdzie po lewej stronie szosy zauważyłem w ostatnim momencie drewniany, lichej jakości barak ale nie przypuszczałem, że jest to punkt graniczny i biuro celne. Kilkaset metrów dalej banalny słup w rowie z napisem "Norge" zawiadamiał, że byłem już w norweskiej "fylke" (prowincji) tzw. Finnmark, geograficznym odpowiedniku fińskiej Laponii tzw. Laplandii. Im bardziej na północ tym pogoda się pogarszała. Następnego dnia, za Kautokeino małe chmury zamieniły się w jedną szarą masę obiecując porządne prysznice. Pułap był tak niski, że wodniste pierze co chwila zahaczały o łagodne "fjell"( góry) z Kautokeinoelv. Temperatura spadła do 8 °C a wiatr nosił w sobie mrożący oddech bliskiego już Oceanu Lodowatego, W skórzanych rękawiczkach, w wełnianiej szlafmycy, w dresie i w podkolanówkach, opatulony szalikiem wyglądam bardziej na Amundsena idącego ratować w 1928 roku Umberta Nobile na biegunie północnym niż na wysportowanego kolarza.

Wokół mnie krajobraz wygołocił się zupełnie a ostatnie, zmruszałe i zczerniałe od starości i wilgoci brzózki wyglądają jak nędzne badyle pokryte białym mchem. Tu i ówdzie, skaliste podłoże "wypluwa" z szarego dna zlodowaciałej łąki lśniące w poświacie głazy, pokryte od północnej strony plamami różnych porostów. Otaczają mnie zbutwiałe ślady zdegenerowanej Arktyką roślinności : jestem w pustynnej krainie "Wildmarku"! Czuję w sobie wzrastające i niepokojące odczucie osamotnienia. Cisza jest polarna, posępna ale lodowato czarująca.

Na kempingu tuż za Altą było tej lipcowej nocy naprawdę zimno. Śpiwór wyrażnie nie starczał aby mnie rozgrzać nawet w własnym "sosie". Przebudziłem się zziębnięty do szpiku i wciągnąłem nerwowo i chaotycznie na piżamę co się dało : koszulę, sweter i dodatkowął parę skarpetek, długo trząsłem się z zimna zanim zmożył mnie sen. Niełatwo jest zasnąć latem w Laponii. Dzień polarny trwa nieprzerwanie od maja do czerwca a nawet jeszcze w lipcu a słynne "białe noce" mimo ich spektralnej poezji są istnym koszmarem a nawet torturą dla śpiochów przyzwyczajonych kłaść się spać gdy tylko zapadnie noc. Otóż tu, noc nie zapada naprawdę wcale. Słońce dosłownie "wisi" przez całą "noc" nieruchomo tuż nad horyzontem i lekko przesuwa się z zachodu na wschód. Nie ma więc zachodów i wschodów słońca a srebrzysta poświata mieniącego się nieba drażni zmysły i męczy organizm.

6-go dnia podróży w rannym świetle niewiele różniącym się od nocnego blasku podziwiam zatoczkę Rafsbotn w Altafjordzie w wodach której odbija się stalowy połysk nieba. Wokół, pod niskim pułapem chmur straszą czarne, poszarpane szczyty z białymi liszajami : to jeszcze nieztopione ubiegłoroczne zlodowaciałe śniegi. Dziś muszę "przeszkoczyć"grożne pasmo gór "Sennaland", o którym w Finnmarku chodzą ponure legendy. Goły masyw złożony z urwistych kanionów jest postrachem podróżnych, nawet teraz, latem, opustoszałe stoki i zmaltretowane przez mrozy żleby, nie zachęcają do zapuszczenia się w złowieszczy Sennaland. Tu już nic nie rośnie. Skała jest sliska i naga, nawet mech ma trudności by zadomowić się na poboczach, asfalt pokryty jest szronem a w uszach wieje gwizd arktycznego wiatru. Kilka koczowisk Lapończyków skupionych jest za skalną skarpą. Proste domki zbite z desek po których rozmazuje się dym świadczą, że są na tym diabelskim padole ludziska, które znoszą w dziewiczych warunkach plusk potoków wśród skalnych parowów.

Z czego żyją? Od Rovaniemi do Kautokeino mijałem kilkakrotnie stoiska z napisem "atalon matkamuisto" z pseudo-lapońską tandetą fabrykowaną w Hong-Kongu i reklamowaną jako "scoltlapp handicraft".Towar rozrzucony na trawniku, zalatuje lichością i niedbałym wykonaniem, którzy naiwni turyści uważają za autentyczny. Rogi renifera duże, średnie, małe, do wyboru i koloru wyglądają jakby były ulane z plastykowej masy a wiszące na hakach skóry niedźwiedzie, reniferów czy wilcze pachną podejrzanie... baraniną i zdechłym owczarkiem! Zatrzymuję się. Kramik przy drodze obity plastykową płachtą jest pusty. Nikogo. Rozglądam się szukając sprzedawcy. Jest! Wystrojony jak na pocztówce, starszy Lapończyk podchodzi do lady ciężko dysząc i czeka milcząc. Skąd przybiegł tak zdyszany? Z lasu, gdzie za budką i pierwszym rzędem drzew zakamuflował swoją "volvę" z przyczepką kempingową, z której ulatuje cienki pióropiusz dymu obok anteny telewizyjnej. Biedny Lapończyk! Wysiaduje całymi dniami w przyczepie, popija piwo ( butelki są za autem!), gra w karty, patrzy w TV i spogląda co chwila zza firanki czy przypadkiem ktoś się zatrzyma czy nadjedzie turystyczny autobus. Jak tylko zauważy potencjalnego kupca, Saame zakłada szybko na amerykański dżins podręczne "galsokaki" rodzaj dopinanych na łydki skórzannych nagolenników i na plecy narzuca tradycyjną "dorkę" luźne ponczo. Jeżeli ma czas to zamieni stare adidasy na"galmakaki" (skórzane mokasyny) a na głowę wsunie słynny "gappir" całkiem zabawny, kolorowy czepek z wełny, skóry i sznurka. Oczywiście, nie kupiłem nic. Popatrzyłem, pomacałem i niewinnie wsiadłem na rower. Lapończyk ani nie mruknął, nie miał nawet smutnej miny, nie był ani zły ani zdziwiony, nie miał zresztą żadnego wyrazu twarzy. Stał przez chwilę obojętny, nieczuły jakby mu nie zależało by cyklista zostawił mu kilka fińskich marek. Gdy się oddalałem od stoiska widziałem jak biedaczek wracał wolno do przyczepy zdejmując po drodze "gappir", "dorkę", galsokaki"...

Do Przylądka Północy jeszcze ponad 200 km. Muszę uważać gdyż na drodze nie jestem już sam. Skończyły się czasy rajskiej samotności na fińskich bezkresach. Na pochyłej szosie E6 z Alta do Skaldi mijają mnie chlapiąc i śmierdząc komfortowe autobusy, na których przyczepiono wielki napis " Nordkapp". To ich cel podróży, nie mój ale wiem, że oni dojadą tam za kilka godzin a ja na moim poczciwym "peugeocie" dopiero za dwa dni. W kuszetowych klimatyzowanych autokarach turyści znużeni kilkudniową jazdą z Oslo, Hamburga, Madrytu, Paryża czy Aten nie mają radosnych min. Zauważając mnie zza pokrytych parą szyb, ich twarze nagle się rozjaśniają ale iskierka zdumienia natychmiast wygasa w masce przygnębienia gdy tylko znikam w dymie za zabrudzoną tylną szybą autobusu.

Ale nie tylko autobusy są niebezpieczeństwem dla kolarza, są nimi też...orły! Gdy niedaleko Russenes w temperaturze 6°C pedałowałem pod wiatr co sił by rozgrzać skostniałe mięsnie otrzeźwił mnie nagle dziwny widok wiszącego z dala w bezruchu nad szosą ogromnego ptaka. Znajdował się na wysokości ok. 10-ciu metrów i trzepotał skrzydłami jak czupurny latawiec stojąc w miejscu z wyciągniętymi łapami gotowymi do lądowania. Na coś polował, czaił się...Im bardziej podjeżdzałem pod górę - tym ptaszysko schodziło niżej, stopniowo opadało, jednak ciągle w bezruchu. W pewnym momencie, ptak zeszedł jeszcze niżej i zatrzymał się dosłownie nade mną. Zobaczyłem jego szpony, nastroszone jasnoszare pióra, garbaty dziób i przede wszystkim ten wzrok, którego nie zapomniałem do dziś. Zimny wzrok podnieconego łupem drapieżnika. Zaintrygowany moją obecnością (a może rowerem?), ptak zleciał jeszcze niżej, jakby chciał upewnić się o jakości "obiadu" przed degustacją ofiary. Widząc rozpiętość jego skrzydeł (ok. 2 m) i przeczuwając zamiary latającej bestii wyrwałem z ramy pompkę. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy ze śmieszności sytuacji. Dwa metry nad moją głową wisiał orzeł górski a ja sparaliżowany przez strach i "uzbrojony" w rowerową pompkę kolarski Don Kiszot. Wiedziałem, że nie taką wagę potrafi unieść orzeł. Nie wiem ile czasu staliśmy tak "oko w oko", ale stwierdziwszy niestrawność kolarza jako głównego dania i roweru jako deser a może poczuwszy nagłą sympatię lub litość nad samotnym i zmarzniętym kolarskim wyczynowcu, ptak mocniej zatrzepotał skrzydłami aż powiało wiatrem, wzniósł się szybko i uleciał w dal, szybując wolno w majestatycznym locie nad zębatymi szczytami Sennalandu. Minęło trochę czasu i garstka kilometrów, zanim zeszły mi ciarki...

Gdy siódmego dnia wyjeżdżam zziębnięty z przemokłego kempingu w Russenes czekają mnie ostatnie 100 km by dopedałować brzegiem Fjordu Porsanger na polarny czubek Europy. Na termometrze 5°C. Ostatnia prosta okazuje się powyginaną drogą pełną zawijasów, wiraży, zygzaków a nawet "zakrętów śmierci", po których szaleje tego lipcowego dnia wichura. Śliska nawierzchnia i miejscami zfatygowany asfalt szosy nr. 95 (dziś E69) jest niczym obok piekielnego tunelu w Nordmannset gdzie pod strugami ociekającej wody pedałuję prawie, że po omacku w totalnych ciemnościach. Moja mizerna lampka (dynamo) oświetla ponurym blaskiem zaledwie kilka metrów zalanej kałużami drogi i podejrzewam, że w tej kilkukilometrowej kiszce żadna ciężarówka czy autobus nie widzi wystraszonego kolarza. Z mrocznej ciemnicy tunelu wpadam nagle w mokre światło dzienne skąd prosto w nos, szturmem, wieje wicher z nad Zatoki Porsanger. Nie mam już żadnych złudzeń, przemoknięte sakwy, namiot i śpiwór można będzie wyżynać jak ścierki. Pończo powiewa jak żagiel, lodowata woda spływa mi po twarzy i szyi za kołnierz aż do spodni. Buty na kształt gąbek chlupią po pedałach, jeszcze szczęście, że mam błotniki!

Przylądek Północy choć nie jest ponoć najdalej wysuniętym na północ punktem Europy znajduje się na samym szpicu gołej i skalistej wyspie Magerøya o imponujących 300-metrowych klifach. Promem przepływa się w 45 minut wąski przesmyk Lafjord, który dzieli nasz kontynent z lodowatą wyspą.(dziś jest płatny tunel) Przepłynęcie z Kafjord do Honningsvåg- to jedyny dla cyklisty moment luzu, gdy może sobie odpocząć na wygodnym fotelu statku popijając przy tym ciepłe "kaffe". Prawdziwa męka przy zdobywaniu Nordkapp zaczyna się za portem w Honningsvag. Potrwa to kilka godzin tj. tyle czasu ile potrzeba by przepedałować z najgorszych warunkach atmosferycznych zaledwie 34 km. Przez przełęcze w białej wacie chmur, przez strome doliny, w strugach wody, wzdłuż muru odległych turnii po których szaleje zwariowany wiatr podobny do śnieżycy. Miejscami droga obok przepaścistych i czarnych jak węgiel ścian pokryta jest roztopionym lodem i zżarty asfalt zamienia się miejscami w lodowisko wśród śnieżnych plam.

Wreszcie Przylądek, tablica i ostatnie kilkaset metrów pod górę i na końcu kamienny płaski bunkier przyczajony do ziemi z wielkim żółtym napisem "Nordkapp". Jest dokładnie godzina 18.23, czwartek, 23 lipca 1987 roku. Temperatura : 2°C. Wiatr : 90 km/godz. Na liczniku: 761 km.

Podpieram rower o mur, nogi mam z waty, łydki mi się trzęsą jak galaretka i nie mogę opanować drgań mięśni. Wchodzę do środka. Nagle oklaski, brawa i krzyki zachwytu. Podchodzi do mnie jakiś starszy pan i ściska mi prawicę, kłania się i coś mruczy z miną pełną respektu, jakaś pani kiwa do mnie ręką jakbyśmy się znali od lat, z dala uśmiecha się do mnie całymi zębami urocze dziewcze, ktoś od razu podsuwa mi krzeszło. Już nie mam wątpliwości -jestem bohaterem dnia! Widocznie z autobusu widzieli mnie na drodze jak walczyłem z rozszalałym żywiołem. Czuję na sobie wzrok wszystkich obecnych w schronisku, zamawiam w barze gorące kakao, podniecenie na sali opada i każdy wraca pomału do swoich zajęć. W ciepłej sali jest jak w poczekalni. Czuje się napięcie, zniecierpliwienie i na twarzach smugę zmęczenia. Pachnie kawą, śmierdzi nikotyną i zalatuje wilgotnymi ubraniami. W bocznej salce handel idzie na całego, okazyjne buble : dyplomy, znaczki, szaliki, okulary, slipy, łyżki, pamiątki sprzedają się jak świeże bułki na których wignieją magiczne cyfry: " 71° 10' - 21' N" i " 25° 47' 40' E" tj. dokładna wysokość (N) i szerokość (E) geograficzna Przylądku Północnego oraz słowo "Nordkapp".

Wokół schroniska to lodowate pole i kamieniste pustkowie po którym galopuje szalony wicher zmiatający puste puszki po coca-coli. Nad głową wisi przytłaczający zwał stalowych chmur i siępi polarny "kapuśniaczek". Temperatura spadła do zera! W dole, 300 m niżej, roztacza się bezgraniczny cień morza gdzie ołowiane fale Oceanu Arktycznego lśnią metalową szarością. Dookoła pusto i szaro jakby życie zamarło definitywnie w ciszy głębokiego zmroku. Dziwnie, że to diabelne miejsce, przeklęte przez naturę, stało się z czasem atrakcją i jakby magnesem, który przyciąga nie tylko awanturniczą faunę turystów ale od dawna także i koronowane głowy ; to właśnie one w XVII i XVIII w wylansowali "modę" na Nordkapp choć oficjalnym "odkrywcą" tego miejsca jest włoski podróżnik Francesco Negri (1664).

Przylądek Północy był moim półmetkiem i należało teraz wracać do domu, tj. przez Fińską Laponię do Rovaniemi. Zawracam i tą samą drogą jadę na południową część wyspy Magerøy by wyszukać jakieś miejsce na nocleg. Tu nie ma ryzyka by zbłądzić, jest tylko jedna droga, którą trudno nazwać szosą, po której z Honningsvåg do Nordkapp i z powrotem, kursują rozszalałe autobusy. Kemping "Nordkapp Ungdomsherberge" obok Honningsvåg wygląda jak baza alpinistów szykujących się na podbój łysych ale poszarpanych okoliczych gór, które mimo ich marnych 200 m imponują jak himalajskie wierchy. Po chwili leżę na wznak rozmarzony pod namiotem, którym pomiata polarny wicher. Mimo wysiłku nie czuję zmęczenia, opanował mnie raczej rodzaj przyjemnego otępienia. Zdaję sobie sprawę z absurdalności sytuacji w której się znalazłem. W epoce gdy cała nasza cywilizacja skierowana jest ku ułatwieniu człowiekowi pokonywania trudności i ułatwienia mu egzystencji - ja podążam na opak jakbym płynął pod prąd dobroczynnej rzeki. Czyż jest to wystarczające usprawiedliwienie na szukanie guza? Te filozoficzne medytacje ociepliły troszkę mój dziurawy namiot; zasnąłem nie zwracając uwagi ani na temperaturę ani na wściekłe porywy wiatru...

Dwa dni póżniej i ok. 200 km "niżej", pedałowałem znów w lasach fińskiej Laponii i było o wiele cieplej, "upalnie" nawet : 10°C. Lakselv, Karasjok, Karigasmeni i w końcu Inari. Do tego miasteczka dojechałem 12-go dnia w niedzielę. Inari jest największym skupiskiem ludzkim w Laplandii bardzo uroczo rozłożonym nad największym jeziorem słynnym z lapońskich legend "Inarijarvi" w środku którego znaduje się"święta" wyspa Sapmelasów zwana "Ukonsâari". Lapończycy zachowali jeszcze to co nasza cywilizacja nam bezpowrotnie zabrała : kult miejsca, tzw. "passe" nawiedzone przez duchy-bóstwa "sieidi". Osada otoczona jest lasami w których zaraz za mostem nad Juntuatjoki rząd fiński i organizacja kulturalna "Samiid Lihtu" założyli wioskę- skansen gdzie można jeszcze zobaczyć autentyczne choć mocno zrekonstruowane lapońskie chaty, narzędzia i inne etnologiczne "kurioza".

Dziwna jest historia i los Lapończyków, o których wspominał po raz pierwszy w 1 w n. e. Tacyt nazywając je "Fenny". Nikt nie wie dokładnie i naprawdę skąd pochodzą i kim są? Antropolodzy twierdzą, że przyszli ze Wschodu, z Azji Centralnej i że wywodzą się z plemion mongolskich, inni uważają że z Północy i że pochodzą z plemion paleoarktycznych. Obecne poszukiwania bioantropologiczne wydają się wskazywać obecnych "Sâamów" jako szczątkową pozostałość wspólnej gałęzi ras kaukaskich i mongolskich. Fakt, fizjonomię mają iście mongolską. Dodatkową zagadką Lapończyków jest ich język : niby to narzecze z grupy ugro-fińskiej albo proto-fińskiej a może dialekt indo-europejski, samojedzki, nieniecki, uralski a nawet, dlaczego nie, idiom jukagirski z Kołomyi... Antropolodzy, etnolodzy, lingwiści i historycy tzw. "laponolodzy" głowią się od lat na przeszłością "Sâamów", którzy stanęli im przysłowiową ością w gardle. Ciekawym jest, że mimo licznych częstokroć brutalnych prób ich asymilacji przez wszystkie kraje Skandynawii, Lapończycy pozostali Lapończykami, chcą nimi pozostać bardziej niż kiedykolwiek i postanowili walczyć o swoje prawa... W 1952 roku Lapończycy trzech krajów (Finlandii, Szwecji i Norwegii) złączyli się w jedną całość by bronić swoich interesów. W 1956 r powstaje w Karasjok Północna Rada Lapońska (" Nordisk Sâmerad"), której celem jest wskrzeszyć odrębność lapońską, ochronić śpuściznę kulturalną i utrzymać jedność narodową. w 1969 roku powstaje w tym mieście pierwsze liceum gdzie wykładane są język i kultura lapońska. Od 1975 roku Lapończycy stali się pełnoprawnymi Światowej Rady Narodów Autochtońskich i są reprezentowani razem z amerykańskimi Indianami w Radzie Społecznej i Ekonomicznej ONZ-tu.

Pedałuję dalej. Ivalo, Vuotso, Sodankyla... kilometry lecą i deszcz rozpadał się na dobre. W Ivalo, przyjemny kemping "Kerttuojan leitinta" nad rzeką jest do tego stopnia mokry, że w środku nocy, pół goły, po ciemku, opuszczam dziurawy namiot i szukam schronienia w kuchni kempingu. Wśród wilgotnego zapachu smażonych ryb nie jestem sam, "typical finish summer" - śmieje się spod zółtego wąsa mój fiński towarzysz niedoli, który przyjechał na wczasy rowerem z Hammeemlinna by szukać "kulta" (złoto) w górach Viipustunturi.

Przed Sodankyla upatrzyłem sobie na przyboczach szosy nr.4 kilkanaście dorodnych prawdziwków. Było ich tyle, że mogłem bez trudu wypełnić całe koszyki nie wchodząc nawet do lasu.Niedogotowane, lekko tylko podsmażone na maśle z cebulką- były te lapońskie grzyby wyśmienite. Uczta grzybowa pozwoliła mi na chwilkę zapomnieć o niepogodzie i komarach. (N.B. Potem dowiem się, że grzyby te z powodu eksplozji w Czernobylu ( maj 1987) były poważnie napromienione i dlatego nikt ich nie zbierał)

31 lipca. Ostatni, 14-ty etap podróży po Laponii. Sodankyla- Rovaniemi 127 km. Droga prowadzi równo, płasko i prosto przez lasy, które są bogactwem kraju, jego "zielonym złotem". Schowane w lesie tartaki świadczą, że przemysł drzewny jest tu bardzo aktywny. Stuk maszyn i gwizd pił zagłusza śpiew schowanego i chyba już napewno głuchego ptactwa a dym zakopca okolicę posypując ją białą sadzą. Poziomy pas zieleni tuż przed murem drzew, który szczelnie otacza drogę eksponuje kolorowe skarby : złote kaczany, fioletowe kampanule, modre niezapominajki i gożdziki a w przydrożnych jeziorach bielą się nenufary.

Na 8 km przed Rovaniemi dojeżdżam do mojej ostatniej lapońskiej atrakcji, do "Napapiiri", umownej linii Koła Podbiegunowego Polarnego. Miejsce jest całkowicie wykorzystane do celów turystyczno-handlowych o czym świadczą liczne butiki z pamiątkami, bank, restauracja, kioski z piwem, bar, stacja benzynowa, poczta i parking pełny autobusów. Fiński "Napapiirinmaja" jest ekwiwalentem norweskiego "Nordkapp". 700 km poniżej 71-go równoleżnika odnalazłem na 66-tym to samo podniecenie, ten sam kult pieniądza i podobne towarzystwo podnieconych turystów. Tu każdy chce dostać dyplom "podbiegunowego chrztu" i dostać oficjalne zaświadczenie "Lapinthullutu".

200 m dalej, po szosie nr.4 łaziły sobie spokojnie renifery patrząc z niedowiarą na rozkrzyczany tłum. Czego to człowiek nie wymyśli by zabawić...zwierzęta - pomyślałem i popedałowałem dalej...

Bruno Koper

ETAPY i TRASA :

Rovaniemi - Maijanen ......................................83 km

Maijanen - Sirkka .............................................93

Sirkka - Palojoensuu ........................................116

Palojoensuu - Kautokeino ................................113

Kautokeino - Alta ..............................................144

Alta - Russenes ................................................108

Russenes - Nordkapp ......................................104

Nordkapp - Stabussnes ....................................91

Stabussnes - Karasjok ......................................95

Karasjok - Inari .................................................124

Inari - Ivalo .......................................................42

Ivalo - Vuotso ...................................................74

Vuotso - Sodankyla ..........................................104

Sodankyla - Rovaniemi .....................................127

----------

1418 km

Brak komentarzy: